Warning: file_get_contents(http://hydra17.nazwa.pl/linker/paczki/licet.pod-fotografia.lapy.pl.txt): failed to open stream: HTTP request failed! HTTP/1.1 404 Not Found in /home/server455784/ftp/paka.php on line 5
kawy.

czego powiedzieć nie chce. - Chase, może powinniśmy wezwać prawnika? - Ja jestem prawnikiem - powiedział bez zastanowienia. - Wiem, chodzi mi o adwokata. - Sprawy toczyły się zbyt szybko. Potrzebowała czasu do namysłu. - Panie szeryfie, mój mąż dopiero co wyszedł ze szpitala i łatwo się męczy... - Nie jestem zmęczony. I nie sądzę, żeby zastępca szeryfa przychodził tu dlatego, że mnie podejrzewa. - Oparł się na krześle. - Ale może się mylę. - Oczywiście, że nie. - Na twarzy Wilsona pojawił się dobrotliwy uśmiech. - Ja tylko zbieram informacje o przestępstwie. - Więc mogę panu powiedzieć, że nie wiem, kto podpalił tartak, ani dlaczego to zrobił. Nie mam pojęcia, czy wybuch miał kogoś zabić, czy był to tylko wybryk. Na pewno ktoś chciał narazić nas na straty. Tylko nie jestem pewien, jak wielkie. - Nie widział pan tamtej nocy nikogo więcej w tartaku? - Nie. Cassidy wytarła ręce w dżinsy. Miała spocone dłonie. Trzęsła się w środku. A co z Williem? Przecież tam był. T. John założył nogę na nogę i żuł gumę. - Wie pan, byłem rozczarowany, gdy w końcu ustaliliśmy tożsamość Baldwina. - Dlaczego? - Bo byłem gotów ręczyć odznaką, że nieznajomym był pana brat. Cassidy nie drgnęła. - Mój brat? - powtórzył Chase bez cienia emocji. - Tak. Miałem przeczucie, można to nazwać intuicją czy nosem, że Brig wrócił do miasta i się z panem spotkał. - Późno w nocy w tartaku? - Głos Chase’a był pełen drwiny. - A dlaczego by nie? Przecież cały czas jest poszukiwany. Nie paradowałby ulicami Prosperity w biały dzień. Chase nawet nie spojrzał na żonę. - Brig nie żyje. - Skąd pan wie? - Dla mnie nie żyje. Nie pokazał się od czasu pierwszego pożaru. - Ten pierwszy pożar bardzo mnie zastanawia. Cały czas chodzi mi po głowie, że te dwa wypadki mają ze sobą coś wspólnego. Wielka szkoda, że nie mogłem porozmawiać z Baldwinem, żeby się dowiedzieć, po co przyszedł do tartaku. - Mówiłem panu, po co. - Tak, tak. - T. John przestał żuć. - A nie przyszło panu do głowy, że Baldwin mógł być pana bratem? Chase prychnął. - Myśli pan, że bym go nie poznał? - Nie wiem. Cassidy ledwie mogła oddychać. Co innego było mieć obawy, a co innego je słyszeć. - Podejrzewa pan, że Baldwin to Brig? - To nie był Brig. Przecież tam byłem - uciął Chase. T. John podrapał się w brodę. - Mówię, że to nic pewnego. Na razie. Widzi pan, Marshall Baldwin nie miał żadnej rodziny, w każdym razie chłopaki z Alaski żadnej nie znaleźli. Podobno pochodził z Kalifornii. Sprawdziliśmy akty urodzenia w okolicach Los Angeles. Z dokumentów wynika, że nie miał żony, brata ani siostry. Nie znaleźliśmy nawet żadnego kuzyna. A można by pomyśleć, że ktoś chciał położyć łapę na jego pieniądzach. Trochę grosza miał, prawda? - Wspominał pan o tym. - Cassidy wiedziała, że Wilson jest na tyle inteligentny, że może powtórzyć wszystko, co powiedział. - Tak. Zjawił się na Alasce w 1977 roku. Nikt go nie znał. Dostał pracę w rurociągach, w ekipie remontowej. Chyba już wtedy istniały. Ukończono je rok wcześniej. Pracował tam przez trzy albo cztery lata, a potem wykupił tartak od jakiegoś faceta i pracował po dwadzieścia cztery godziny na dobę, żeby postawić go na nogi, tak jak pan - zwrócił się do Chase’a. - Nie prowadził życia towarzyskiego. Pracował na dwie zmiany, siedem dni w tygodniu. Udało mu się - wkrótce wykupił następny tartak, potem następny... Zainwestował w przetwórnię ryb, w kopalnię i nawet w jakąś farmę... - Wykrzywił twarz, a potem pstryknął palcami, jakby mu się coś nagle przypomniało. - Uprawa ziemniaków. Nie jestem pewien, czy to już wszystko. - A mało panu? - zakpił Chase. - W każdym razie Baldwin nie robił wokół siebie szumu, ale podobno był anonimowym darczyńcą. Łożył zwłaszcza na ochronę lasów i podobne akcje. Chase wyraził swój niesmak. - Wiem, że pan Briga nie pamięta, ale on... do filantropów z całą pewnością nie należał. - Przecież był dzieckiem, kiedy uciekł z miasta.

kawy.

Rozpłakała się, kiedy policjant zabierał ją ojcu.
sobie coś do samoobrony
grupy Był młody, przystojny i błyskotliwy. W wieku trzydziestu
zobaczyła. Może ukrył się w studzience ściekowej? Albo wczołgał
Wrócili do taurusa. Milla prowadziła. Bez specjalnej nadziei na
-30-
w imbryku. Niezdolna do przeciwdziałania, pozwoliła furii rosnąć,
- A tego to nie wiem - pokręciła głową. - To był bogaty gringo.
- Nie smakuje ci? - spytała Milla, wskazując butelkę.
kiedyś pewnego rezolutnego dzieciaka, który czekał, aż rodzice
180
napastnika na twarzy. To było przerażające, tak jakby ten mężczyzna
pozwolić na przeoczenie żadnego szczegółu, żadnej informacji
dotyku. Robiła mu rzeczy, które on robił jej, choćby po to, by usłyszeć

Może zasnęła, może straciła przytomność. A może coś

na jego tropie. W przeciwnym razie może już sobie obstalować
- To ty mnie wtedy napadłeś - powiedziała przerażona i zszo
74
fanaberiami chłopca, dla niego liczyło się, na ile syn może pomóc w
Nie miała pojęcia, jak Diaz zniknął, ale byłoby miło, gdyby
Wyłamywała się ze stereotypu środkowego dziecka, zagubionego i
ideologiczne: nałogi to słabość i rozkojarzenie, na które nie mógł
urzędniczkę lodowatym spojrzeniem.
pozostałe pociechy, z których jedną czekała kosztowna operacja oka.
440
Najwyraźniej za mocno. Robiło się interesująco.
Zjedli wczesną kolację. Milla wzięła prysznic, podczas gdy Diaz
niż poszukiwanie Justina.
- Zadzwonię zaraz na lotnisko - ciągnęła - i zobaczę, co się da
Miała okres. Pamiętała to mgliście: Diaz pojechał kupić dla niej

©2019 licet.pod-fotografia.lapy.pl - Split Template by One Page Love